Ekwador - kraj o wielu twarzach, wciąż za mało znany i doceniany. Równikowe słońce. Andy, Avenida de volcanos z Cotopaxi, jednym z najwyższych czynnych wulkanów świata. Tropikalna dżungla ukryta przed światem dwoma tygodniami marszu. Lazurowe wody Pacifiku liżące białe plaże Galapagos. Najmiejszy kraj Ameryki Południowej, kolorowy i wielorasowy.
W 1546 roku kilku śmiałków z oddziałów Francisco Pizarro wyrwało się spod jego tyranii uciekając w morze. Prądy znosiły ich na wyspy, a ponieważ byli miernymi żeglarzami, nie byli w stanie wylądować na żadnej z wysp, które pojawiały się i znikały w gęstej mgle. Przekonani, że wyspy są zaczarowane takimi też je nazwali. Dla mnie Wyspy Galapagos są raczej czarodziejskie, choć coraz mniej tajemnicze z powodu niezmordowanego napływu turystów.
Las Islas Encantadas powstały dzięki działalności wulkanicznej i w istocie są zanurzonymi wulkanami, zagubionymi w lazurowych wodach Pacyfiku, 1000 km na zachód od wybrzeża Ewadoru. Raj składający się z 19 wysp i 42 wysepek. Świat, który nie może zaginąć.
Lot z Quito trwa trzy godziny. Uciekamy z chłodnego klimatu And i 2,830 metrów nad poziomem morza na wypaloną słońcem krainę kaktusów Wyspy Baltra. Sierpień jest porą suchą i chłodną według standardów Galapagos; temperatura powietrza waha sie między 20-26C. Nie należy jednak dać się zwieść pozorom; równikowe słońce podstępnie pali przez chmury. Z bezwstydnie wyeksponowanych uszu skóra schodzi już po 4 dniach, wiatr smaga bezlitośnie koszulki na straganach wokół lotniska. Wiatr będzie nam towarzyszył przez cały pobyt, skutecznie uniemożliwiając jakiekolwiek próby plażowania się na dachu naszego trymaranu. Moje dwa kostiumy kąpielowe bedą się nudzić w kajucie. Założę je dwa razy na wyprawy snorkelingowe.
Załoga Lammer Law wiata nas triple sec. Spędzimy tydzień pod bacznym okiem naszego naturalisty, Jasona, i 9 anglików, kompanów podróży. Jason dodatkowo będzie organizował wypady snorkelingowe, Antonio – nasz drugi naturalista, posiada stopień mistrza scuba-diving.
Już pierwszego dnia czeka nas nie lada gratka. Rzut beretem na północ od Baltry unosi się maleńka wysepka Seymour Norte. Ta wyspa raczy nas najwyższym zagęszczeniem głuptaków (Blue Footed Boobies) na metr kwadratowy. Wszystko co do tej pory oglądałam w albumach przyrodniczych i w telewizji zobaczę na własne oczy, niebieskie łapy bezstresowych głuptaków na wyciagnięcie ręki.
Inaugurujemy naszą równikową przygodę pierwszym niezdarnym suchym lądowaniem z pongi ( dużego pontonu z motorem, którym to przemieszczamy się między trymaranem a zaczarowanymi wyspami) na kamieniste zbocze. Witani przez lekkie pomruki lwów morkich, ucinających sobie popołudniową drzemkę na rozgrzanych skałach, próbujemy utrzymać równowagę na śliskich kamieniach. Lwy morskie wydają mi się nie lada gratką, szamoczę się ze 100 kilowym ekwipunkiem przy zmianie obiektywu. Grupa poszturchuje mnie do przodu, daję za wygraną niezdarnie posuwając się w kierunku suchego lądu. Jason porusza się na bosaka. Docieramy do pierwszych krzewów, na których uwiły gniazda wielkie królewskie fregaty. Samce są wyposażone w czerwone worki na szyi, z zadęciem podrywają na nie samice, które przysiadły nieopodal. Fregaty, ogromne czarne znaki prujące niebo, muszą nauczyć się przetrwać z poważnym upośledzeniem - nie mogą one bowiem lądować na wodzie i łowić ryb, jak większość ptaków morkich Galapagos. Żyją z kradzieży ryb innym ptakom, główie głuptakom, niezrównanym rybakom.
Kolonie niebieskonogich głuptaków ukazują się naszym oczom zaraz po wdrapaniu się na płaski stół wyspy. Są ich tysiące, poruszamy się wyłącznie po wyznaczonej trasie, ale mimo to trzeba bardzo uważać by w zaaferowaniu nowym zdjęciem nie zbliżyć się zbytnio do gniazda. ”Gniazdo”, śmieszna rzecz, parę ździebeł trawy i promienisty krąg zarysowany białymi odchodami, pośrodku jajo lub dwa, dorosły osobnik. Mimo, że głuptaki nie mają naturalnych wrogów zwykle jeden z rodziców pozostaje w gnieździe podczas gdy jego partner poluje, aż do momentu, gdy pisklę osiągnie rozmiary dorosłego osobnika, co skaże oboje rodziców na wytężone nurkowanie. Pisklęta, od momentu opanowania sztuki chodzenia, będą zabawiać się przechadzkami w okolicach gniazda i przyglądniem się turystom. Nie wydają się zestresowane naszą wizytą i z wdziękiem pozują do zdjęć.
Na zbyt śmiałe próby naruszenia ich strefy prywatności reagują nie znoszącym sprzeciwu piskiem. Wydają mi się ideałem asertywności i to w tak młodym wieku. Gdy dorosną ich szare łapy nabiorą intensywnego błękitnego koloru, a ich pióra z białego puchu przemienią sie w sól z pieprzem. Dużymi grupami będą się unosiły na taflą oceanu, aby na niewidoczny znak w jednej sekundzie runąć do wody za kolorowymi ławicami ryb.
Powrót na Lammer Law, kolacja o 7.00 przy długim stole usytuowanym na zewnątrz na dolnym pokładzie. Nie podnieśliśmy jeszcze kotwicy, cieszymy się wieczorem i triple sec. Skonani od rozlicznych wrażeń kładziemy się wcześnie i kapitan zapuszcza silnik w nocną podróż ku Genovesie. Na przekór naszemu zmęczeniu trymaran napotyka zdecydowany opór fal. Nasz cel, Genovesa, położona po przeciwnej stronie równika, jest daleka i nie mamy czasu do stracenia. Trymaran kołysze się na wszystkie strony. Zaskoczeni pierwszej nocy poddajemy się wszelkim wahaniom. Gorzej, nasze okulary, butelki z wodą, długopisy, spinki pozostawione lekkomyślnie na stoliku lądują na podłodze i rozpoczynają swoją nocną gonitwę od ściany kajuty do drzwi, tłucząc o nie bezlitośnie. Nasza walizka dołącza się do zabawy po kilku minutach. Zmęczeni ignorujemy tę samowolę próbując skupić się na zaklinaniu snu.
Rano wstajemy bez entuzjazmu i z wyraźnym kacem. W końcu ujażmiam rozbrykane długopisy, odszukuję chowające się po kątach spinki do włosów. Z trudem doprowadzam sie do porządku. Jason siedzi w salonie z filiżanką kawy, zaczytany w książce. “Good morning, how are you?” zagaja niewinnie. Wyrażam zniecierpliwienie jego pytaniem i dezaprobatę konceptu nawigowania nocnego. Jason mówi “Ach, zeszła noc to nic, przyszykuj się na dzisiejszą”. Nie wierzę mu, ale Jason nie blefuje. Jeszcze przed kolacją miska czipsów ustawiona na stole w salonie ląduje na podłodze, rzucamy się na ratunek naszym drinkom. Potem ku apteczce z lekami przeciw chorobie morskiej. Poruszamy się wyłącznie wzdłuż mebli trzymając się ich kurczowo. Do kolacji zasiada nas tylko ósemka. Nasze talerze ścigają sie w prawo i lewo, krzesła dołączają wkrótce. Przed deserem jest nas tylko 5 osób. Zabieram mają porcję lodów i chronię się przed wiatrem w salonie. Po pierwszej kulce kapituluję, łykam kolejną tabletkę na przetrwanie. Wracam do kajuty, układam z pedanterią wszelkie akcersoria na półce. Desperacki rzut okiem na łóżko, jak tu sie położyć jak wszystko się kołysze włącznie z kolacją. Żałuję, że cokolwiek jadłam. Znajduję stopery i wciskam je do uszu. Nic nie słyszę, ale mam wrażenie, że tym razem nasz trymaran staje dęba. Zmęczenie i lekarstwa kołyszą mnie do snu i w końcu zasypiam. Budzę się dopiero rano, słońce za oknem, łajba zakotwiczona i kawą pachnie w salonie. Co za ulga - najgorsze mamy już za sobą.
Nie jestem adeptką scuba-diving, a szkoda. Wody Galapagos obfitują we wszelkiej maści rekiny, wieloryby, delfiny, lwy morskie, pingwiny, żółwie i wielkiego koloru ryby i rozgwiazdy. Nasi towarzysze podróży - Kerry, John i Garry nurkują dwa razy dziennie z Antonio, naszym mistrzem nurkowania. Podziwiam ich – pobudka o 6.00, na długo przed naszym śniadaniem, woda o tej porze roku, zimna, bardzo zimna. Ich chronią piankowe skafandry, gorzej z przypadkowymi amatorami snorkeling, jak ja. Przeglądam wieszaki wyczynowych okryć – nikt nie przewidział mojego rozmiaru, pływam w każdym przymierzonym skafandrze – równie dobrze mogę pływać bez. Ryzykuję dwa razy, ograniczając czas nurkowania do 20 minut. Udaje mi się spotkać przepływające żółwie morskie, z gracją wylegujące się na dnie rozgwiazdy, łąwice ryb. Ci bardziej wytrwali mogą podziwiać pingwiny i towarzyszyć igraszkom lwów morkich.
Dziś wielki dzień. Opływamy Izabelę od zachodu. Między Izabelą i Fernandiną słynny Kanał Boliwar, obfitujący w delifiny i wieloryby. Od śniadania, podekscytowani, wpatrujemy sie w horyzont. Dziś albo nigdy. Wiatr smaga kartki książek tych, którzy ulokowali się na górnym pokładzie. Mam dosyć po 20 minutach, chronię sie w zaciszu salonu z lubością kartkując Twój Styl. Po 11.00 ktoś podnosi alarm – wieloryby! Wybiegam z jaskini, dołączam do grupy, patrzę we wskazanym kierunku. Nic. Kolejny okrzyk, zmieniam kierunek poszukiwań. Znowu nic nie widzę. Zacznam tracić nadzieję, gdy tym razem wyłania się z wody grzbiet tuż przy naszym jachcie. Widzę całe dwa metry kwadratowe wieloryba, mały dymek rozpylanej w powietrzu wody. Jesteśmy na dobrym tropie, wieloryb zdaje sie przechadzać w pojedynke i ustaliliśmy jego kurs. Kapitan dostosowuje się do jego trajektorii, płyniemy przez 15 minut grzbiet w grzbiet, ale nigdy nie zobaczymy wiecej niż czubek jego nosa, dobre i to. Z poczuciem spełnionego obowiązku siadamy do zastawionego stołu, gdy wieloryb decyduje sie uwolnić od naszego wścibstwa i udać się w zupełnie niezgodnym z naszymi planami kierunku.
Lunch i przedpołudniowe spotkanie z wielorybem rozleniwia nas, mamy jeszcze przed sobą kilka godzin nawigowania przed przybyciem do Zatoki Elisabeth, co po niektórzy zapadają w drzemkę. Niesłusznie, bo to pora na figle z delfinami, które tym razem upatrzyły sobie nasz jacht do wyścigów. Z początku pokazuje się mała grupka, może pięć osobników, płyną z prędkościa jachu tuż przed dziobem, zupełnie jak w filmach. Poruszamy się szybko, nie ma czasu na słynne skoki i inne akrobacje, delfiny zadziwiają nas swoją szybkością wykonując swój sławny popis ścigania się z prędkością dźwięku. Wydajemy okrzyki, gdy trymaran wydaje sie dotykać grzbietu delfinów, które znikają na kilka sekund by po chwili pokazać nam swoje płetwy grzbietowe. Próbujemy robić zdjęcia z marnym sukcesem, tym razem kamera video by się przydała, myślę, ja, którą kamery video nigdy nie pociągały. Po pół godzinie show się kończy tak jak sie zaczął, delfiny znikają, najprawdopodobniej musza jeszcze się nacieszyć dziesiątkami innych jachtów przepływajacych w okolicy. Wydają się mieć w bród atrakcji w dzisiejszych czasach, gdy Galapagos przyjmuje rocznie 60,000 turystów. Znajdą jednak jeszcze trochę czasu na pożegnalne zdjęcie rodzinne przed Zatoką, kiedy na horyzoncie pojawią się najpierw dziesiątki, a potem i setki delfinów i zostaniemy otoczeni i pożegnani iście po królewsku.
Wychodzimy na ląd, cały dzień spędzimy na wyspie, nie będzie ulubionego południowego powrotu na Lammer Law, kiedy to Javier krząta się przygotowując stół i apetyczne wonie dobiegają nas z kuchni. Na stole piętrzą się stosy kanapek, tu kurczak, tu tuńczyk, a tam oferta wegetariańska, butelki wody. Trudno, z niechęcia przecinam pępowinę z łajbą. Myśle, że załoga wyczekuje naszego zniknięcia, mają jeden dzień na złapanie oddechu. Ponga wyrzuca nas na ląd w Santo Tomas. Tu czekają na nas dwa odkryte pick-up’y. Izabela jest największą wyspą archipelagu i posiada kilka aktywnych wulkanów sięgających nieba na wysokości 1700 m. Dziś atakujemy Sierra Negra (1405 m). Pick-up trzęsie nas, gdy przemierzamy wyboiste ulice miasteczka. Dookoła pejzaż usłany lawą, szarość i przygnębienie, gdzieniegdzie wyrastające kępki roślinności. Wkrótce zanurzymy się w mgle, mokrym dotyku chmur zmagających się z wyspą. Zaskoczeni nie wierzymy w wilgoć pory suchej, chronimy sprzęt fotograficzny w torbach plastykowych, sami licząc na rychłą zmianę. Po 10 minutach kapitulujemy, naciągając na siebie wiatrowki. Wkraczamy w strefę bujności przyrody, nie mamy wątpliwości, że mgła zadomowiła się tu na dobre. Po godzinie docieramy do celu – grupki tubylców strzegących 20 koni. Konie widocznie się nudzą przebierając kopytami w kałużach gliny, przykryte są warstwami koców przeplatanych plastykiem imitującym siodła. Jesteśmy przesiąknięci wilgocią, z trudem panujemy nad licznymi torbami, w których ukrywamy nasze skarby. Dosiadanie wilgotnych kuców jest ostatnia rzeczą na ziemi na którą mam ochotę. Odwlekam ten moment jak mogę, widzę już Rene na koniu, Jean też zdaję się akceptować swój los. Dostaję wreszcie swojego rumaka, wsiąście na niego to pestka, ale jak się na nim utrzymać, gdy ten zdaje sie mieć zgoła odmienne od całej zorganizowanej grupy plany. Zdecydowanie zaczyna się cofać i wykonywać coraz bardziej nerwowe ruchy, gdy ściągam wodze w nadziei opanowania tej bestii. Moje intencje przynoszą odmienny skutek, wreszcie wzbudzam zaiteresowanie jednego z naszych przewodników, który krzyczy do mnie coś po hiszpańsku, co bynajmniej nie uspokaja ani mnie ani mojego konia. Domagam się zmiany konia motywując moją prośbę niezgodnością charakterów. Okazuje się jednak, że popuszczenie lejc i ciepłe słowo działają cuda. Dołączamy do grupy i rozpoczynamy mglistą podróż ku wulkanom. Powoli, lękliwie nawiązuję nić porozumienia z moim koniem, który wlecze się powoli za peletonem. Zadaję mu lekkie szturchnięcia w podbrzusze, zupełnie jak to robią kowboje z Bożonarodzeniowych filmów. Mój koń ignoruje wszelkie zachęty, reaguje wyłącznie na podniesiony głos właściciela i śmignięcie bicza. Przyśpiesza wtedy chyżo, wciska sie pomiedzy inne konie, ba, prześciga je torując sobie zgrabnie drogę we wszelkich chaszczach, zsuwam się przytłoczona gradem gałęziami, wysuwamy się na prowadzenie. W ciągu dwugodzinnego marszu w góre i w dół wciąż powtarza się ten sam schemat – wleczemy się ostatni, giniemy w mgle odszukani nawoływaniem poganiaczy, mój koń nabiera prędkości, prześciga wszystkie konie, torując sobie bezpardonowo drogę. Moje kolana są odtłuczone o boki innych koni, spodnie upaprane błotem, wyścig z czasem trwa i ta gra zaczyna mnie bawić.
U celu czeka nas słoneczna polana, mgła pozostała w dole, przed nami pustynia lawy palonej słońcem. Ściągamy wiatrówki, smarujemy się kremem przeciwsłonecznym, zostawiamy nasze konie zasłużonemu odpoczynkowi, wyruszamy na zwiedzanie kraterów.
Lwy morskie są tematem samym w sobie i wdzięcznym obiektem wakacyjnych zdjęć. Na tej szerokości geograficznej mogą nawet okazać się najlepszym przyjacielem człowieka. Ciekawskie i skore do zabawy, bez obaw wydają się szukać towarzystwa.
Wyspa Española jest rajem lwów morkich zdolna usatysfakcjonować największych malkontentów i mieszczuchów. Tutaj bowiem lwy morskie występują nieskrępowane naszym wścibstwem w nieograniczonych ilościach. W przybrzeżnych wodach młode bawią sie w ciuciubabkę z turystami oszołomionymi tak ciepłym powitaniem. Haremy lwic ze swoimi młodymi pędzą leniwe dni na plażach, jedzenia w bród, samice robią wypady na polowanie zostawiając swoje puszyste kulki samym sobie. Młode z zadziwijacą pokorą czekają samotnie porykując od czasu do czasu. Matka rozpoznaję je po głosie, gdy ten środek zawodzi, sprawdza zapach uzurpatora w ostateczności używa zmysłu smaku. To dlatego tak ważne jest by nie dotykać młodych lwów morkich, choć ręce się wyciągają, natura ma swoje reguły, których my, przechodnie na Galapagos, nie możemy łamać.
W wieku 6 miesięcy młode lwy zdolne są do polowania, ale nierzadko samice karmią je do drugiego roku życia, kiedy osiagają rozmiary swojej matki.
Mnie, lwy morskie kojarzyły się do tej pory z tłustymi i agresywnymi osobnikami walczacymi o swoje terytorium. Nic bardziej mylnego, gdyż młode i samice przypominaja bardziej foki, od których róznią się wyraźnym posiadaniem zewnętrznego ucha i mocnych przednich płetw dzięki którym przemierzają kilometry wdrapując sie na najwyższe skały, zaszywając się w niedostępny cień, gdzie chcą, kiedy chcą.
W hotelu w Quito nasz trzywalizkowy bagaż poddany jest ostrej selekcji wewnętrznej. Wsród ton podkoszulków, kosmetyków i rozlicznych par butów mamy wyłuskać te 11 kilo na osobę, cenne gramy, bo nasz pobyt w dżungli może trwać zarówno 5 jak i 10 dni. Wszystko zależy od pogody i pomyślnych wiatrów. Na złotej liście niezbędników Lodży Kapawi znalazły się: 5 koszulek, 3 pary spodni, szorty, jedna para skarpet do kolan na każdy dzień (skąd je wziąć i co potem z nimi zrobić?), kostium kąpielowy (?). Ta pozycja wprawia mnie w osłupienie, ale nigdy, przenigdy, nie zrezygnuję z wzięcia kostiumu kąpielowego jeżeli tylko jest cień szansy na ich użycie. W Kapawi moją szansą okaże się biała woda czyli najzwyczajniej rzeka Capahuari. Już 10 minut po naszym błotnistym lądowaniu w Wayusentsa słyszymy, że wkrótce nadarzy nam się ta niezwykła możliwość znalezienia ochłody w wodach rzeki. Woda wygląda na kawę z mlekiem, ale to nie zanieczyszczenia nadają jej ten nieciekawy wygląd, ale minerały zbierane przez nurt mącą widoczność, tą widoczność, która wydaje nam się warunkiem koniecznym do zgłębienia jej zakamarków. Przewodnicy wydają się nie rozumieć naszych rozterek, że nic nie widać, że kajmany, że piranie…. Przecież te mają w bród właściwego pożywienia, po co miałyby się uganiać za białymi twarzami. Przecież podczas kąpieli możemy spotkać delifiny rzeczne… Okazuję się odporna na argumenty, ostatecznie pozostaję w łodzi.
Ale jest jeszcze inny rodzaj wód amazońskich, a mianowicie czarna woda, ta która niesie ze sobą materiał wulkaniczny. Podobno jest takie miejsce w delcie Amazonki, gdzie wpadają na siebie wody dopływu i głównej rzeki, każda w swoim kolorze. Płyną tak obok siebie na odcinku 10 kilometrów zanim wody się zmieszają i staną jednym kolorem.
Nasi przewodnicy to w wiekszości piękne i młode dziewczyny. Jenny jest Amerykanką od lat mieszkającą w Ekwadorze. W styczniu wraca do Stanów. Ma rude włosy i mleczną cerę. Lubię ten typ kobiet, wcielenie Ani z Zielonego Wzgórza. Rozczulam się i widzę przed oczami tomy Ań i młode lata, które spędziłam na ich wielokrotnym czytaniu. Tłumaczę mężowi, że Jenny to jak Ania z Avonlea, Uniwersytetu.. widzę w jego oczach, że nic nie rozumie. Dla niego Jenny to Jenny – taka drobna ruda kobietka w beżowym kolonialnym kapelusiku z nieodłącznym produktem na odstraszanie komarów w ręce.
Ale naszym głównym przewodnikiem jest Lorena, piękna śniada dziewczyna z Quito. Śniada cera, czarne włosy, oczekuję orzechowych oczu, ale te są zielone. Lorena mnie intryguje od momentu, kiedy podała mi dłoń, gdy schodziłam po śliskich metalowych schodach z naszego samolociku w błota Amazonii. Nie mogę oderwać od niej oczu, mówię do René nie odwracając głowy od Loreny „zobacz jakie ona ma piękne zielone oczy”. Lorena słyszy to nie po raz pierwszy, bez sekundy zastanowienia odpowiada ‘ty też”. Chichoczemy przez chwilę, właśnie odkryłam pierwszy kwiat tej dżungli.
Jest tu też wiele innych pięknych i inteligentnych dziewczyn w różnych miast Ekwadoru jak choćby Paulina i Marisa z Cuenki. Ich życie to ich pasja, to ciężka praca, to przygoda i wyzwanie. Spędzają miesiąc w dżungli, odcięte od świata, pracując od 6.00 rano do 10.00 wieczór, zawsze zajęte gośćmi, tygodnie pracy z małymi półdniowymi przerwami na oddech od czasu do czasu. Potem odlatują z wiecznie zielonego lasu na miesiąc zasłużonego odpoczynku, uciekają zobaczyć swoje rodziny, chłopaków, miasta i wzgórza. Potem znów wracają. Lorena mówi, że tylko nieliczne wytrzymują rok lub dłużej - jak ona i Jenny. Najcięższy jest trzeci tydzień, zmęczenie daje się we znaki, w czwartym poziom optymizmu wzrasta i z każdym dniem potęguje się radosne wyczekiwanie na wylot. Mamy szczęście, bo zjawiamy sie na początku 4 tygodnia kalendarza Loreny. Lorena jest szczęśliwa, bo już odlicza dni dzielące ją od wakacji, jest podwójnie szczęśliwa, bo ulewa, która zrujnowała 4 dni pobytu poprzedniej grupy i sprawiła jej pracę bardziej niewdzięczną niż zwykle, ustała w dniu naszego przylotu. Odtąd niebo pozostaje błękitne.
Przylatujemy w porze suchej, ale jak Lorena mówi, tu przyroda jest nieprzewidywalna i nie daje żadnych gwarancji. Oczekując na nasz odlot w hangarze w Quito mamy juz godzinę opóźnienia. W Quito słońce, nie wierzymy w opowiadania organizatorów na temat złych warunków pogodowych w Wayusentsa, traktujemy je jak zwykłą wymówkę. To przecież tylko 1,5 godziny lotu malutkim samolocikiem. Naiwni, nie wiemy, że czterodniowy deszcz, który zawisł nad dżunglą włąśnie ustaje i dżungla oferuje nam nową przygodę. Po półtoragodzinnym oczekiwaniu wylatujemy, ale bez bagażu, który ma do nas dołączyć kolejnym lotem. Nie myślimy o tym, że kolejnego loty może nie być przez kilka dni jeżeli ulewa powróci.
Zbliżając sie do lotniska w Wayusentsa zataczamy dwa powolne kręgi. René obserwuje naszych pilotów, którzy w ciszy analizują warunki do lądowania na glinistym, rozmokłym pasie długości 100 metrów. Decydują się na lądowanie, błoto rozpryskuje się po szybach. Wysiadając z naszej miniaturki samolotu widzę smagłe twarze i zielone bluzy ludzi oczekujących u stóp schodów samolotu. Porównuję ich obłocone gumiaki z moimi jasnymi Nikeami, schodzę. ‘ Witajcie w dżungli tropikalnej’ – to Lorena śmieje się do nas.
Nasz cel – Kapawi Ecolodge, zagubiony kompleks Ekwadorskiego lasu tropikalnego. Unikalny, bo usytuowany w najbardziej dziewiczej części dżungli, gdzie giganty eksploatujące ropę naftową nie zepsuły nietkniętej przyrody siecią dróg i eksploatacją zasobów naturalnych, tak jak to się stało w wielu miejscach lasu tropikanego. Kapawi Lodge dostępna jest tylko rzeką, oddzielona od najbliższej cywilizacji dwutygodniowym marszem. Lodż zbudowana została przez plemię Achuar przy życiu tradycyjnych technik budowlanych i ekologicznych technologii (energia słoneczna, ulegające biodegradacji mydła). Śmieci odwożone są samolotem do Quito. Lodż Kapawi wyznaczyła nowe standardy światowej turystyki ekologicznej i zdobyła nagrodę Excellence w 2000 roku. Indianie Achuar stanowią większość załogi lodży, otrzymują wynagrodzenie za dzierżawę ich ziemi, a w 2011 roku przejmą na własność cały kompleks Kapawi.
Nasz bugalow to marzenie, marzenie o życiu jakiego nieznamy. Cała ściana wychodząca na jezioro i dżunglę to po prostu siatka chroniąca przed komarami. Widok zapierający dech w piersiach spotęgowany niograniczonymi decybelami kumkań żab, muzyki świerszczy i wszystkiego jeszcze niepoznanego przez nas i tego czego nigdy nie poznamy. Pierwszej nocy długo nie możemy usnąć od nocnego nawoływania dżungli – to przyroda mówi sobie dobranoc.
Dżungla powitała nas słońcem, przewodnicy odetchnęli z ulgą. Jesteśmy zaskoczeni nieznanym nam klimatem; ciepło, ale nie upalnie, przyjemny wietrzyk pozwala nosić długi rękaw ( idealny przeciw komarom), wilgotno, ale nie bardziej niż w Guayaquil – najwiekszym mieście Ekwadoru położonym u wybrzeża Pacyfiku. Życie koncentruje się na rzece. Przez pierwsze półtora dnia wydaje się, że nie mamy wstępu do lasu. Unosimy się z prądem rzeki, poznajemy faunę i florę z łodzi. Są to godziny ciszy i dostosowania do nowych warunków. Zepsuci dostępnością zwierząt na wyciągnięcie ręki uczymy sie cierpliwości obserwowania. Towarzyszący nam indianin Achuar widzi i słyszy wszystko, inspiruje jak wsłuchać się w duszę lasu.
Weszliśmy do dżungli. Podobno jej gleba zalicza się do jednej z najuboższych. To głównie przez częste deszcze wypłukujące minerały, ale również bogatą roślinność wysysającą każdy mililitr pozywienia. System korzeniowy drzew jest płytki, bo tylko w powierzchniowej warstwie gliniastej gleby. Glina uniemożliwia głębokie zasilanie gleby w wodę, co nie dopuszcza do głebokiego zapuszczania korzeni. Mimo ubóstwa gleby cieżko się przedrzeć przez gąszcz roślin i gałęzi. W dżungli trwa odwieczna walka nie tylko zwierząt, niestety nieuchwytnych dla naszego amatorskiego oka, ale przede wszystkim roślin, które z determinacją walczą na śmierć i życie o światło. Toteż bogactwo życia fauny przejawia się w canopy, najwyższej partii lasu, tam gdzie królują małpy i tęczowe papugi.
Ale dla nas dżungla odsłania nieśmiało tylko kilka sekretów. Choćby i ten, że mimo bogactwa flory trzeba się wykazać niemałą pomysłowością, aby przeżyć. Tylko 5 owoców i jedna roślina (biała kapusta) znane są indianom Achuar jako jadalne. Większość roślin jest trująca i tylko nieliczne zwierzęta dżungli ostrożnie żywią się opadłymi liśćmi. Mimo to indianie czerpią garściami z bogactwa dżungli. Wykorzystują owoce, liście i korę drzew do sporządzania wywarów leczniczych i mazideł na wszelkie dolegliwości. Znaleźli też kilka łatwych przysmaków - larwę żuka rozmnażającego się w pniach martwych palm zjadają na surowo ( jest bogata w bialko) lub gotowaną w liściu, a lemon ants (cytrynowe mrówki) zlizują wprost z kory drzewa. Są one przysmakiem zarówno dzieci jak i dorosłych. Te specjały znajdują uznanie nawet wśród tutystów. Na własne oczy widziałam mojego belgijskiego kompana pożerającego surową larwę, a mrówkami delektowała się cała męska część grupy. Czego białe twarze nie skosztowały, to tak gorąco zachwalanych grilowanych królowych mrówek. Mrówek jest zatrzęsienie w dżungli od ogromnych (około 4 cm długości) Conga po cytrynowe, ale ja pozostałam pod wrażeniem leave cutters - mrówek wycinajacych wielkie płaty liści i transportujące je na plecach do swojego gniazda w zgodym kilometrowym sznurku. Wyglądają jak zielona nić porzucona na ciemnej glebie lasu i zadziwiają wielkością transportowanych łupów. W swoich przepastnych gniazdach układają liście warstwami. Liście posłużą im jako gniazdo do składania jaj i jako pożywka grzybów stanowiących ich pokarm.
Spośród drzew zastanawia „krocząca” palma z rozbudowaną naziemną strefą korzeni, które wyrastając z pnia na wysokości około pół metra zmierzają ku ziemi imitując nogi podpierające drzewo ze wszystkich stron. Młode korzenie są zielone i pokryte kolcami jak łodygi róż. Z czasem brunatnieją i gubią kolce, gdy gruba kora chroni je przed wrogami. Indianki lubią wycinać spore kawałki młodych korzeni i wykorzystywać do wszelakich prac domowych.
Na własne oczy widziałam pewne odmiany fikusa, które osiagają obwód baobabów i wysokość 10 pietrowego domu. Przerasta go tylko capoc, który może dożyć 400 lat. Podobno jego pierzaste nasiona wykorzystywano drzewiej do produkcji kamizelek ratunkowych. Czyżby stąd wziął się znany wszystkim żeglarzom kapok?
Innym ciekawym drzewem jest figowiec dusiciel (figue strangler) obrastający swoimi potężnymi ramionami inne drzewa, które służą mu za podporę. Przy odrobinie szczęscia może on osiągnąć rozmiary kapoka.
Mitycznymi zwierzętami Amazonii pozostają kajmany i piranie. Kajmanów nie widzieliśmy mimo, że organizatorzy proponowali nocne wyprawy w ich poszukiwaniu. Nie słyszeliśmy też, żeby ktokolwiek się na nie natknął.
Z relacji naszych przewodników i towarzyszy podróży, którzy pływali w rzece dowiadujemy się, że piranie są przereklamowane i w rzeczywistości nie tak groźne dla człowieka jak przedstawiają je filmy. Podobno w naturze zwierzęta wolą jeść zwierzęta, piranie nie atakują człowieka chyba, że zmuszone długotrwałą głodówką lub zachęcone smakiem krwi. Istnieje wiele gatunków piranii. Najbardziej niebezpieczna jest 40 centymetrowa czarna pirania. Mimo to prawdą jest, że to ludzie częściej jedzą piranie niż piranie jedzą ludzi.
Dzisiaj składamy wizytę goszczącym nas na swoim terenie Indianom Achuar. Godzina druga po południu, gorąco, marzę o ożeźwiającym prysznicu i zdjęciu gumiaków po całym poranku marszu w dżungli. Płyniemy łodzią juz od półtorej godziny, oczy mi sie zamykają, budzę się gdy motor cichnie. Dobijamy do stromego, błotnistego brzegu. Starsza indianka Achuar pierzchnie na nasz widok. Wdrapujemy się nie bez trudu na stały ląd, w wiostce pustka, nikt nas nie oczekuje. Szukamy oznak życia maszerując przez boisko do gry w piłkę nożną. Gumiaki obcierają mnie i coraz mniej mam ochotę na poznawanie innych kultur. Docieramy w końcu do domostwa señora Ramona, jedynego, który zdecydował się poświęcić swój cenny czas na płytką rozmowę z białymi twarzami. Señor Ramon ma 30 lat, żonę w zaawansowanej ciąży i piątkę dzieci przyglądających nam sie z ukrycia. Wizyta rozpoczyna się od kilku minut milczenia i krótkiego zagajenia naszego przewodnika w języku Achuar. Następnie jego żona ociężale i bez entuzjazmu podaje każdemu z nas tradycyjny napój indian regionu – cziczę. „Chicha” to rodzaj indiańskiego piwa będącego postawowym napojem tubylców. Jego przygotowanie rozpoczyna się od miażdżenia patatów i manioku. Natępnie miazga podlega obróbce przez kobiety, które spotykają się w większych grupach rodzinnych by przeżuć miazgę. Wyżuta miazga jest wypluwana i dzięki ślinie ulega fermentacji. Potem jest jeszcze gotowana i rozcieńczana wielokrotnie wodą zanim trafi z nasze ręce. Podawana w glinianych ręcznie robionych miseczkach jest rytuałem powitalnym, którego nie można odmówić. Ci co zdecydowanie nie chcą się nią raczyć muszą ją trzymać przed soba co najmniej godzinę by nie urazić gospodarzy. Dzień przed wizytą, po dokładnych objaśnieniach Loreny, obiecuję sobie choć umoczyć język, druga taka okazja może sie nie zdarzyć, ale mętny wygląd napoju i kwaśny zapach nie dają mi żadnej szansy. Poddaję się i przylepiam do miski na ładną godzinę, aż palce zaczną mi cierpnąć. Kątem oka obserwuję Yves, mojego belgijskiego kolegę i fana surowych larw, jak kosztuje napoju. Jak tylko Lorena odstawi dyplomatycznie swoją miseczkę na ławę, szukam wzrokiem jej pozwolenia i podążam w jej ślady. Po dwóch godzinach żona señora Ramona zbieram miseczki, tym co je opróżnili proponuje dolewkę. Dziękujemy za poczęstunek w języku Achuar wyuczonym wieczór wcześniej dzięki pomocy Yawy. Rozmowa jest grzecznościowa i señor Ramon dopytuje się jak się nazywany, skąd pochodzimy i w jaki sposób odkryliśmy ten zakątek. Potem nasza kolej na pytania. Na koniec wizyty nagle jak spod ziemi pojawiają się dziesiątki dziewczyn i kobiet by sprzedać lepione ręcznie gliniane miseczki, drewniane grzebienie i naszyjniki robione z nasion. Wybieram miseczkę i wkładam do niej kilka kolorowych naszyjników. Teraz miseczka stoi przy moim łóżku. Odkąd mieszka w klimacie umiarkowanym przestała się lepić, a naszyjniki przypominają mi mgliste poranki na rzece i żółte tukany obserwujące nas z wyżyn kanopy.
Pociągi w Ekwadorze to oddzielny rozdział, dla niektórych, jak mój mąż, to cała księga. To pasji René do pociągów zawdzięczamy naszą podróż do Ekwadoru.
Ekwador jest jednym z nielicznych zakątków świata, który dzięki swojemu powolnemu rozwojowi ekonomicznemu lub jego całkowitemu brakowi zawdzięcza przetrwanie okazów, które, zgodnie z prawami ewolucji, powinny były już dawno zniknąć z powierzchni ziemi, jak dinozaury.
Część lądowa Ekwadoru potwierdza cud Galapagos. Amerykanie odkryli staromodny urok ekwatoriańskiej kolei i organizują tygodniowe wycieczki wyłącznie poświęcone pociągom Ekwadoru, a liczne filmy o kraju nie omieszkują pokazać szaleństwa Nosu Diabła jako jednej z głównych atrakcji turystycznej, czego oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić.
Ostanim etapem naszej podróży jest Avenida de Volcanos, pasmo Andów na odcinku Quito-Cuenca usłane dziesiątkami czynnych i wygasłych wulkanów. To 60 kilometrów na południe od Quito umościł się najwyższy aktywny wulkan świata - Cotopaxi (5,897 mnpm), a nieopodal Riobamba, nieco bardziej na południe góruje najwyższy szczyt Ekwadoru, wygasły wulkan Chimborazo (6,310 mnpm). Jest ich tu wiele więcej i atrakcji byłoby całe mnóstwo, gdyby nie zazdrosna warstwa chmur spowijająca tajemnicą szczyty przed wścibskim wzrokiem turystów. Uzbrojeni w cierpliwość, powtarzając jak modlitwę, że natura jest nieprzewidywalna czekamy na dzień, kiedy naszym oczom ukaże się oślepiająca biel lodowców. Ten dzień nigdy nie nadejdzie (czym jest tydzień w historii wulkanów?), więc zmieniam tutuł ostatniego rozdziału naszej podróży na „Pociągi Ekwadoru. Ferrocarriles Ecuatorianos”.
Trasa jest określona: Alausi – Sibambe, znana wszystkim miłośnikom pociągów i mocnych wrażeń. Czas jeszcze nie. Nocujemy w Riobamba, nieciekawym miasteczku, którego główną atrakcją jest pociąg wyruszający w swoją zaczarowaną trasę trzy razy w tygodniu, ku wielkiej uciesze turystów. Zatrzymujemy się w uroczej hacjendzie na peryferiach miasta. Ten fakt mnie rozleniwia. Na wieczornej naradzie mamy podjąć strategiczne decyzje: gdzie wsiadamy i o której godzinie. René i Jean są skłonni do poświęcenia cennego snu i ulokowiania się na dachu wagonu o 8.00 już w Riobamba. Ja leniwie proponuję rozpoczęcie podróży w Alausi, która to opcja pozwoli nam na przyzwoitą porcję snu i ograniczenie cierpień do minimum czyli siedmiogodzinną podróż zredukowaną do trzech. Moje lenistwo pozbawi nas cennych miejsc na dachu, bo pociąg wjeżdżający do Alausi o 11.00 będzie mieć dach wypełniony do ostatniego kwadratowego centymetra. Ale zaoszczędzi nam godzin marznięcia w niskich porannych temperaturach i wietrze oraz popołudniowego równikowego ukropu.
Konstrukcja tej karkołomnej trasy wymagała geniuszu inżynierów licznych nacji. To podobno tutaj w 1901 roku zastosowano po raz pierwszy w historii kolei zjazd ruchem wahadłowym w dół wykłuty w skale zbocza. Pokonanie oporu Andów pochłonęło 400 istnień ludzkich a trasa okrzyknięta została mianem „najtrudniejszej linii kolejowej świata”.
Rankiem, z wyrzutem sumienia, wyruszamy w trasę w poszukiwaniu naszego pociągu. Wiemy, że mamy przewagę, jako że pociąg nie rozwija prędkości przekraczającej 20/30 km/godzinę. Rzeczywiście po raz pierwszy natykamy się na niego już po 40 minutach podróży, gdzieś w bliżej nieokreślonym plenerze. Do twarzy mu z setką turystów na dachu. Próbujemy zrobić zdjęcia i kontynuujemy nasz wyścig do Alausi. Postanawiamy się jeszcze zatrzymać na sesję zdjęciową w połowie drogi między Riobamba i Alausi - Guamote, małym miasteczku, które dzisiaj wydaje się żyć 40 minutowym postojem pociągu. Tubylcy są już gotowi, stragany zastawione ciepłym jedzeniem, herbatą, wełnianymi czapkami i rękawiczkami. Ustawiamy się na głównej ulicy między straganami, aparaty gotowe do strzału, tylko raz będzie nam dane zobaczyć wjazd pociągu do Guamote. Pociąg wtacza się powoli i zasapany zatrzymuje się pośrodku miasteczka. Tubylcy ożywiają się, turyści, zmarźnięci i zdrętwiali, wylewają się z wagonów, szukają swojego szczęścia wśród straganów. Biznes kwitnie i całą ta scena dostarcza nam wiele ciekawych obserwacji. My też pracujemy, nie mamy czasu na skosztowanie lokalnej kuchni, łapiemy w biegu banany zapiekane w cieście (pycha!) i robimy zdjęcia.
Słynny 800 metrowy zjazd w dół ruchem wahadłowym zajmuje 20 minut i przyprawia o zawrót głowy. Gdy wjeżdżamy w kilkusetmetrowej głębokości kanion i zostajemy zawieszeni na ostatnich centymetrach jego zbocza, żałujemy utraconego widoku z dachu – przeraźliwy pisk dachowców, gdy zaczynamy spuszczać się w dół zbocza, rekompensuje nam nasz żal.
Mamy szczęście - przypada nam w udziale tylko jedna i niegroźna awaria techniczna, która na 40 minut stawia pod znakiem zapytania kontynuację podróży. Wyeksponowana na agresywne promienie słońca stara blaszana puszka powoli nagrzewa się, zdjemujemy polary i jak na złość nasze myśli krążą wokół nieistniejącego lunchu. Zdesperowani dajemy zarobić krążącemu po wagonach handlarzowi chipsów, podczas naszego postoju zarabia prawdziwą fortunę.
René nie może usiedzieć w miejscu. Podróż w ciasnej pierwszej klasie nie dla niego. Porzuca mnie z całym ekwipunkiem i kurtkami w przedziale, sam przechadzając się na wzgórzach i obserwując postępy w naprawie lokomotywy. Przypominam sobie nie bez kozery, że autor naszego przewodnika nigdy nie dotarł do Sibambe, zmuszony awarią maszerować kilka kilometrów do najbliższej wioski i liczyć na miłosierdzie regionalnej linii autobusowej. My jednak mamy trochę wiecej szczęścia – po obowiązkowym postoju kontynuujemy nasz karkołomny zjazd. Powrót, będący morderczą wspinaczką tej leciwej ciuchci nasuwa wiele wątpliwości co do godziny dotarcia do Alausi i, co za tym idzie, naszego posiłku, ale ku ogólnemu zaskoczeniu odbywa się bez niespodzianek. Wtaczamy się do Alausi z dwugodzinnym opoźnieniem. Radość nasza i naszych kierowców nie zna granic. W zamieszaniu wysiadki setek uwolnionych turystów tracimy polar René, jedyną cenę tej bezcennej przygody.